Love is in the air – recenzja “Wcale mi nie zależy”

Walentynki czyli święto zakochanych, obchodzone jest co roku 14 lutego. Dla jednych jest to święto bardzo mocno związane z komercjalizacją (w końcu kocha się cały rok, a nie od święta), dla innych to normalny dzień w kalendarzu, podczas kiedy inni celebrują walentynki ze swoją drugą połówką. Dlatego w ten wypełniony miłością dzień, chciałabym wam zaprezentować książkę autorstwa Miry Białkowskiej pt. “Wcale mi nie zależy”. Jak wiadomo, miłość może przyjść bardzo nieoczekiwanie, w bardzo różnych miejscach, o ile nie szuka się jej na siłę.

Z pewnością przekonała się o tym Monika – jedna z głównych bohaterek powieści. Po odchowaniu dzieci i przeniesieniu się do mniejszego mieszkanka, kobieta zaczyna nowy etap w swoim życiu i znajduje ukojenie w pisaniu fraszek i wierszy. Jej życie toczy się spokojnym torem, aż do nieoczekiwanego spotkania z pewnym “Dziadem”, który w bardzo “kulturalny” sposób, postanowił zwrócić jej uwagę, odnośnie “prawie stłuczki”.

Podobnie było z Kasią, jedną z przyjaciółek Moniki. Pani na emeryturze, która zmaga się z problemami życia codziennego. Jej życie zmienia się w sanatorium, w którym postanawia podreperować swoje zdrowie. Jednak zamiast trzymać się pierwotnego planu, który zakładaj czytanie książek, wybiera się na wieczorek zapoznawczy, gdzie przez przypadek ktoś następuje jej na stopę.

Uwielbiam książki, przy których można się pośmiać i odetchnąć od trudów dnia codziennego. Właśnie taką książką było “Wcale mi nie zależy”, gdzie od razu utożsamiłam się z głównymi bohaterkami i razem z nimi przeżywałam ich wzloty i upadki. W szczególności polubiłam Krystynę, która była wspólną znajomą obu pań i zaimponowała mi ogromnym dystansem do siebie.

Opowieść jest podzielona na dwie części: opisuje życie Moniki, a druga natomiast życie Kasi. Każda z tych historii przedstawiona była z dwóch perspektyw: męskiej i żeńskiej, dzięki czemu niektóre sytuacje widzimy podwójnie.

Powieść zawierała w sobie również rysunki, które umilały czytanie i oznaczały rozpoczęcie nowego wątku w historii.

Jest to bardzo pozytywna opowieść o tym, że miłość można poznać wszędzie, niezależnie od tego, ile mamy lat. Idealna na wciąż jeszcze zimowe wieczory.

Bo każdy jest wyjątkowy – recenzja “O dziewczynce bez daru” Agaty Fąs

Ilu jest nas na świecie, tyle będzie gustów, talentów opinii. Jak mówiła moja polonistka: “Ile głów, tyle interpretacji”. Każdy z nas jest wyjątkowy pod jakimś względem. Ktoś ładnie śpiewa, ktoś inny szybko się uczy, jeszcze inny bardzo dobrze łapie kontakt z ludźmi. Ale też bardzo sobie zazdrościmy.  A to lepszej fryzury, a to lepszej pracy, a to lepszego chłopaka/domu/życia. Odnoszę wrażenie, że w tym ciągłym biegu, kreowaniu wyglądu i osobistości przez media, zapominamy o życiu w zgodzie z innymi, a przede wszystkim zapominamy o życiu w zgodzie z samym sobą.  Idealnie tu pasuje przysłowie: “Cudze chwalicie, swego nie znacie”.

Podobnie jest w Mieście Wybranych, gdzie każdy jest na swój sposób wyjątkowy, jednak głęboko w sercu nosi ukrytą zazdrość.

Każdy, z wyjątkiem Neli – jedynej dziewczynki, która nie posiada żadnego talentu. Jest na swój sposób przeciętna i na pierwszy rzut oka niewyróżniająca się z tłumu. W końcu przychodzi dzień, kiedy to dziewczynka zostaje wygnana z miasta, właśnie za swoją “zwyczajność”.  Nela postanawia odkryć swój talent, żeby móc zostać z rodziną.

Przed odejściem na poszukiwania, od jednej ze staruszek, które mieszkają w mieście, dostaje magiczny gwizdek, który może użyć, gdy potrzebna jej będzie pomoc. Ona wtedy zawsze nadejdzie.

Przyznam, że jestem pozytywnie zaskoczona. Sądziłam, że ten gwizdek w inny sposób pomoże dziewczynce, jednak takiego obrotu spraw nie przewidziałam. Książkę czytało mi się  bardzo przyjemnie (mimo że mam już swoje lata).

Neli jest bardzo mądrą, dobrą i sprytną dziewczynką. Potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji, nawet, jeżeli na pierwszy rzut oka wydaje się ona beznadziejna. Ma bardzo dobre serce, a w tych czasach jest to dość rzadka cecha.  Jest także bardzo zdeterminowana, aby odnaleźć swój talent. Domyślałam się, jaki w Neli drzemie dar, jednak tylko po części miałam rację. Autorka zaskoczyła mnie na samym końcu.

Jest to naprawdę ciepła i przyjemna książeczka, pokazująca, że nie potrzeba mieć jakiegoś wspaniałego “daru”, żeby być wyjątkowym, a także ukazująca pewne wartości, jakimi powinniśmy kierować się w życiu.

Ucieczka za granicę – recenzja “Łatwo nie będzie”

Mieszkając całe życie w jednym kraju, ciężko mi mówić o emigracji. Wiem, że kilka osób z mojej rodziny wyjechało zagranicę, w poszukiwaniu lepszego życia. Czy byli tam szczęśliwi? Czy było im ciężko?

Nigdy jakoś ich o to nie zapytałam. Po prostu tak się utarło, że my mieszkamy tu, oni mieszkają tam.

Osobiście jakoś mnie nie ciągnie do wyjazdu, chociaż często słyszę od wielu znajomych, że oni z chęcią by to zrobili. Ostatnio pewna osoba mimochodem zapytała mnie, czy może nie chciałabym wyjechać zagranicę, ale na moje pytanie, kto by mnie mógł wziąć pod swoje skrzydła, dopóki nie stanęłabym na nogi, zapadła grobowa cisza.

Temat wyjazdu zagranicę nigdy nie bywa łatwy. Przekonała się o tym główna bohaterka powieści “Łatwo nie będzie” autorstwa Małgorzaty Urszuli Laski. Hania po zerwaniu zaręczyn ze swoim narzeczonym, postanowiła wraz z koleżanką wyjechać. Jak to w życiu bywa, nie wszystko poszło zgodnie z tym, co dziewczyny sobie założyły. Po niespodziewanym powrocie do Polski koleżanki Hani, główna bohaterka musiała poradzić sobie sama.

Jestem naprawdę przyjemnie zaskoczona tą lekturą. Z żywym zaciekawieniem czytałam o losach dziewczyny.

Tak jak już wspominałam, książka opisuje bardzo trudny temat, jakim jest emigracja – jak to wygląda z perspektywy młodej dziewczyny, która wyjechała z powodu złamanego serca. Historia dzieje się w dwóch miastach: we Frankfurcie nad Menem, gdzie Hania mieszkała przez większość roku oraz we wsi Kurpie, gdzie dziewczyna odwiedziła swoją rodzinę, a także byłego narzeczonego – Michała. Oprócz wspomnianej opowieści, książka opisuje także zmiany, jakie zaszły, kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej.

Od razu polubiłam obie te postaci i z całego serca współczułam Michałowi tego, że znalazł się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie i został oskarżony o to, czego nie zrobił. Na szczęście dla obojga bohaterów historia zakończyła się bardzo pomyślnie. Liczyłam na takie zakończenie od samego początku.

 Język powieści jest bardzo obrazowy i przyjemny, a samą książkę czyta się bardzo szybko. Narracja jest prowadzona z trzeciej osoby, dzięki czemu czułam się trochę jak paparazzi, który krok w krok chodzi za Hanią, obserwując jej życie.

Jeżeli ktoś szuka przyjemnej lektury na zimowy wieczór, to serdecznie polecam tę książkę.

|PRZEDPREMIEROWO|”Jedna noc, jedna niewłaściwa decyzja” – recenzja “Naszego małżeństwa”

PREMIERA KSIĄŻKI “NASZE MAŁŻEŃSTWO” TAYARI JONES ODBĘDZIE SIĘ 30.01.2019 roku

Kiedy miałam trzynaście lat, przerabialiśmy na języku polskim pewien tekst. Już nawet nie pamiętam o czym on był, ale dokładnie pamiętam zadanie. Chodziło w nim o to, aby wyrazić swoje zdanie na temat tego, czy miłość istnieje.

Mając trzynaście lat o miłości miałam takie pojęcie, jakie ma mój kot o fizyce kwantowej. Na szczęście nie była to moja polonistka, ale i tak przy sali pełnej osób, nazwała mnie “egoistką”.

W końcu nadeszły pierwsze miłostki i marzenia, aby znaleźć “tego jednego, jedynego”.

Główni bohaterowie recenzowanej książki to Roy i Celestial. Roy, który był typowym kobieciarzem i zmieniał dziewczyny jak rękawiczki, po spotkaniu Celestial jest przekonany, że to jest “ta jedyna”.  Po wyboistej drodze, jaką przebył, żeby oświadczyć się ukochanej sądzi, że ma już wszystko. Jednak jedna noc całkowicie odmienia ich życie. Roy niesłusznie oskarżony o coś, czego nie zrobił, trafia do więzienia. Celestial natomiast staje przed trudnym zadaniem, jakim jest bycie żoną więźnia. Dla obojga był to wielki sprawdzian ich uczucia. Zdali go? Czy może wręcz przeciwnie?

Jak tego pierwszego polubiłam, tak z jego żoną było mi o wiele trudniej. Miałam wrażenie, że ona nie za bardzo wie, czego chce, mimo że twierdzi inaczej. Była też za mało asertywna. Jeżeli czegoś nie chciała, mogła to powiedzieć, zamiast wodzić za nos. Gdy Roy trafił do więzienia, nie zachowała się w stosunku do niego fair. Całkowicie straciła moją sympatię i jakoś tak nie odzyskała jej już do końca, mimo że bardzo chciała pomóc głównemu bohaterowi w stanięciu na nogi po wyjściu z zakładu karnego.

Co do Roya, to było mi go po prostu żal. Od samego początku książki polubiłam go i bardzo mu kibicowałam. Chciałam żeby jego życie w końcu się ułożyło i był zwyczajnie szczęśliwy. Nie było mu jednak łatwo. Na szczęście w więzieniu znalazł swojego “anioła stróża”.

Wsparciem  był też dla niego  ojciec – Duży Roy, który starał się chronić syna i pomagać mu w każdej sytuacji. To taki kochający ojciec z krwi i kości, dla którego rodzina była najważniejsza. Polubiłam jego ogólny sposób bycia.

Książkę skończyłam stosunkowo niedawno i potrzebowałam chwili, aby wszystko, co o niej myślę ułożyło się w spójną całość. Jest to bardzo życiowa historia, niekoniecznie przyjemna i przesłodzona do bólu. Momenty radości przeplatają się z kłótniami, decyzjami, których konsekwencje odczują wszyscy bohaterowie, a także wiarą w lepsze jutro. Opowieść ta wywołała we mnie naprawdę mnóstwo emocji.

Powieść jest z pewnością wartą przeczytania, pokazuje jak bardzo zawiłe są ścieżki, które wytacza ludziom los i jak niektóre decyzje mogą wpłynąć na życie innych. Jest napisana bardzo prostym językiem, obrazuje to, co w danym momencie się dzieje. Jestem pod dużym wrażeniem i serdecznie zachęcam do zapoznania się z tą pozycją. 

“Nawiedzona” Romanówka – recenzja “Spadku”

Ostatnimi czasy czytam bardzo dużo książek z motywem wsi. Jak już kiedyś wspominałam, pierwsze lata swojego życia też na niej spędziłam, zanim wyprowadziłam się do większego miasta. W tym roku tak się złożyło, że przyjechałam do domu moich dziadków na Święta, który to teraz mocno się różni od tego, co pamiętam z dzieciństwa. Zniknął piec, w którym babcia piekła chleb, zmieniły się kolory ścian, pojawiło się parę drobiazgów, których nie pamiętam aby były za dzieciaka. Na całe szczęście dziadkowie nie za bardzo się zmienili. Wciąż mają różny stosunek do mnie. Babcia przyznała, że dalej traktuje mnie jak małą dziewczynkę, podczas gdy dziadek już widzi we mnie kogoś dorosłego. Nie umiem określić, z kim jestem bardziej zżyta, wydaje mi się, że z obojgiem tak samo.

Natalia, główna bohaterka debiutanckiej powieści Beaty Dmowskiej “Spadek” nie ma takiego dylematu. Zdecydowanie woli swojego dziadka, od chorej psychicznie babci. Gdy po latach wraca do swojego rodzinnego domu zwanego Romanówką (nazwa pochodzi od imienia jej dziadka – Romana), pewne zakopane w jej podświadomości wspomnienia nagle odżywają. Na domiar złego, każdy we wsi uważa, że w jej domu straszy duch zmarłej Zofii – babci Natalii, a jej mąż Wiktor, który nagle znów pojawia się w życiu bohaterki pragnie, aby kobieta do niego wróciła. Próbuje jej wmówić, że jest chora tak samo, jak jej babka. Z dnia na dzień sytuacja się pogarsza. Na jaw wychodzą rodzinne sekrety, a Natalia zaczyna wątpić w krystaliczny obraz dziadka, który stworzyła za dziecka.

Książkę czytało mi się niezwykle przyjemnie. Bardzo podobało mi się zestawienie spokojnej na pierwszy rzut oka wsi, z rodzinnymi sekretami, które wywracają życie bohaterki do góry nogami. Ciągłe zwroty akcji, przeplatające się z wspomnieniami Natalii powodowały, że chciałam jak najszybciej skończyć lekturę i sprawdzić, co tak naprawdę działo się w Romanówce i czy Zofia była aż tak chora, jak wszyscy mówili. Zakończenie mnie całkowicie zaskoczyło. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw.

Podobała mi się kreacja bohaterów. Z Natalią zżyłam się niemal od razu, chociażby ze względu na to, że jest moją imienniczką oraz podobnie jak ja mieszkała kiedyś na wsi i z niej wyjechała, żeby po latach móc tam wrócić. Jedyną postacią, której naprawdę nie znosiłam, była córka Natalii i Wiktora – Marta. Mimo że była dorosła, zachowywała się jak mała, rozpuszczona dziewczynka, robiąca awanturę za każdym razem, kiedy coś nie szło po jej myśli. Zazwyczaj jeżeli negatywnie oceniane przeze mnie postacie, robią coś dobrego dla głównego bohatera, jestem w stanie im przebaczyć i obdarzyć pewnego rodzaju sympatią, ale jakoś u Marty nie mogłam się na to zdobyć. Może przy końcu nie lubiłam jej trochę mniej, jednak zdecydowanie nie jest to moja ulubiona postać.

Książka nie jest romansem, jak to na początku założyłam. Raczej powiedziałabym, że to powieść obyczajowa, gdzie występuje wątek kryminalny(biorąc pod uwagę fakt, że zostało popełnione morderstwo).

Jeżeli ktoś szuka lektury, z którą ciekawie mógłby spędzić wieczór, to serdecznie ją polecam.

“Ślimakowa afera” czyli recenzja “Drogi do Ukojenia”

Dwa tygodnie temu, podczas pisania recenzji “Drogi do przebaczenia” Katarzyny Łochowskiej, wspominałam, że pierwsze lata swojego życia spędziłam na wsi. Potem sprawy  jakoś tak się potoczyły, że wyprowadziłam się stamtąd i zamieszkałam w większym mieście.

W tym roku, w okresie świątecznym, znów będę miała możliwość powrotu do swoich rodzinnych stron – podobnie jak główna bohaterka innej powieści pani Łochowskiej, która wraca do swojego domu w Ukojeniu.

Kasia po burzliwym życiu w wielkim mieście, wraca do rodzinnej wsi. Dziewczyna próbuje swoich sił pomagając w gospodarstwie, jednak nie za bardzo jej to wychodzi. Zaprzyjaźnia się tam z czterema kobietami, a podczas wyprawy po jabłka, która zresztą kończy się wykąpaniem dziewczyny w wannie z zimną wodą, poznaje Pawła Niedźwiedzkiego, sympatycznie nazywanego przez wszystkich Niedźwiedziem.

Kasia bierze odwet za tą kąpiel po pijaku wrzucając do samochodu chłopaka …ślimaki. I od tego momentu wszystko się komplikuje.

To już moje drugie spotkanie z książkami tej autorki i jestem nimi wręcz zachwycona. Czyta się je naprawdę bardzo szybko, a przy okazji można się przy nich od stresować i nawet pośmiać. Szczególnie przy fragmencie o “ślimakowej aferze”.

Co do postaci, to się powtórzę. W Ukojeniu od razu polubiłam wszystkie, a w szczególności Kasię i jej przyjaciółki. Lubiłam ich zróżnicowane charaktery, a także szalone pomysły na które wpadały, niejednokrotnie pakując się przez nie w tarapaty (w końcu wiadomo, że najlepsze pomysły są po alkoholu).

Jak w “Drodze do przebaczenia” moje serce należało do Ostrego, tak tutaj podbił je przystojny niedostępny, tajemniczy, skryty i porywczy Paweł Niedźwiecki. Byłam strasznie ciekawa, co takiego spowodowało, że zachowywał się jak zwyczajny buc. Oboje dobrali się z Kasią idealnie. Los ich nie rozpieszczał.  

To jest kolejna propozycja ode mnie, na niezobowiązującą lekturę, która jest wprost idealna  na te długie, zimowe wieczory.

“A Buntownicy to…?” – Recenzja “Pamiętnika Buntowników”

Według  Wikipedii pamiętnik to: ” Gatunek literatury stosowanej, relacja prozatorska o zdarzeniach, których autor był uczestnikiem bądź naocznym świadkiem. Pamiętnik (w przeciwieństwie do dziennika) opowiada o zdarzeniach z pewnego dystansu czasowego, w związku z czym kształtuje się dwupłaszczyznowość narracji: autor pamiętnika opowiadać może nie tylko o tym, jak zdarzenia przebiegały, lecz może ujawniać również swoje stanowisko wobec nich w chwili pisania”. Ze szkoły również pamiętam, że pamiętnik pisze się po pewnym czasie od wydarzeń, który miały miejsce.

Nie wspominam o tym bez powodu. Jakieś dwa tygodnie temu przyszedł do mnie egzemplarz debiutanckiej książki Karola Wąsowicza pt. “Pamiętnik buntowników”. Po zobaczeniu okładki i przeczytaniu znajdującego się na niej opisu stwierdziłam, że będzie to erotyk, z elementami stalkingu.

Nic bardziej mylnego.

Poukładane życie Pawła lega w gruzach. Przechodzi operację, dzięki której ma odzyskać wzrok, dostaje tajemniczą przesyłkę, a kurier, który mu ją wręcza zaskakuje go  słowami: “Strzeż się. Zło czyha wszędzie”. W międzyczasie Magda – jego partnerka znika z powierzchni ziemi, a Paweł dowiaduje się, że tak naprawdę przez cały czas go okłamywała. Kiedy jedzie do rodziców dziewczyny, zastaje ich martwych, a tajemnicza postać oblewa jego oczy kwasem, pozbawiając go wzroku. Nawiedzają go różnego rodzaju krwawe i makabryczne koszmary, które okazują się jawą. Rzeźnik zaczyna terroryzować miasto. Pojawia się też  Alicja, która wprowadza go w świat Buntowników.

Mam w stosunku do tej pozycji dość mieszane uczucia. Z jednej strony zabrakło mi w niej akcji. Brakowało mi przemyśleń głównego bohatera, rozterek, jakiejś takiej kreacji świata przedstawionego, a także głębszego dialogu między postaciami (miałam osobiście wrażenie, że osoby przychodzące do niego siedzą tam raptem przez trzy zdania, by wyjść, żeby Paweł mógł się położyć spać). Również pewne zachowania głównego bohatera wydawały mi się irracjonalne, albo po prostu głupie.

Zakończenie też pozostawia wiele do życzenia. Miałam wrażenie, że jest takie nijakie.

Co do tytułowych Buntowników, także mam pewne zastrzeżenia. Było ich zdecydowanie za mało. Gdzieś tam niby są, gdzieś tam niby byli, niby starają się chronić od tego zła, ale coś im nie idzie. Szczególnie, że są to Archaniołowie, więc raczej powinni być naprawdę bardzo aktywni i złapać tego szalonego Rzeźnika.

Jednakże żeby nie było, że książka ta posiada same minusy, to warto wspomnieć, iż natknęłam się też na pozytywne aspekty tej powieści.

Pierwszym z nich był sam pomysł na fabułę. Naprawdę bardzo mi się podobało umieszczenie Apostołów, jako Buntowników. Historia miała naprawdę duży potencjał i gdyby tak rozwinąć parę wątków, myślę, że byłaby to naprawdę dobra książka.

Autorowi udało się mnie nawet parę razy zaskoczyć, chociażby tym, kim Magda była w rzeczywistości. Były też momenty, gdzie czytałam książkę z zapartym tchem, chcąc wiedzieć, co dalej. Same opisy snów także zasługują na pochwałę. Mimo że bardzo krwawe i brutalne, to widać było, że coś się w nich działo.

Zastanawia mnie jeszcze fakt, że było bardzo mało opisów miejsc. Rozumiem, że to dlatego, iż bohater przez pewien czas nie widział, jednak przecież później odzyskał wzrok. Właśnie dlatego przytoczyłam definicję pamiętnika. Skoro to było pisane z perspektywy czasu, część wspomnień mogła się zatrzeć. Przynajmniej ja patrzę na to w ten sposób.

Książka z pewnością pozostawiła po sobie jakiś ślad. Jest to chyba jedna z tych pozycji, które trzeba przeczytać samemu, żeby się dowiedzieć, co się o nich myśli.

Panu Karolowi życzę powodzenia w dalszym pisaniu (o ile to oczywiście planuje).

Za egzemplarz książki dziekuje Wydawnictwu Alternatywnemu

 

Wieś z “magiczną stodołą” – recenzja “Drogi do przebaczenia”

W dzieciństwie mieszkałam na wsi. Jednym z moich ulubionych wspomnień  z tamtego okresu jest to, kiedy chodziłam razem z dziadkiem po mleko “prosto od krowy”. Nalewali je do takiego naczynia (bodajże nazywało się ono bańką) i czasami dziadek dawał mi z niego upić łyka. Będąc małą dziewczynką, bardzo chciałam sama je nosić i zawsze mówiłam, że jak dorosnę, to będę to robić. Moje życie potoczyło się jednak inaczej i samodzielne noszenie bańki, a nawet pójście po mleko “prosto od krowy” pozostało tylko w sferze marzeń.

Może dlatego lubię książki, których akcja dzieje się właśnie na wsi. Kiedy tylko została mi polecona “Droga do przebaczenia” autorstwa Katarzyny Łochowskiej wiedziałam, że się nie zawiodę.

Książka opowiada historię Julity – jednej z mieszkanek wsi o nazwie Ukojenie. Pewnego dnia spokojne życie przeciętnej przedszkolanki staje na głowie. Brat Julity – Rafał po wplątaniu się w kłopoty znika, a wcześniej zostawia siostrze tajemniczą kopertę. W Ukojeniu pojawia się również pewien ścigający Rafała gangster, o pseudonimie Ostry. Jako, że nie znajduje chłopaka, zaczyna obserwować Julitę.

Chyba jeszcze nigdy nie czytało mi się książki tak dobrze i tak szybko. Nawet się nie obejrzałam, kiedy zostało mi raptem siedem stron do końca, nad czym bardzo ubolewałam. Od razu polubiłam wszystkie postacie w Ukojeniu, a w szczególności Julitę z przyjaciółkami. Lubiłam ich zróżnicowane charaktery, a także szalone pomysły na które wpadały, niejednokrotnie pakując się przez nie w tarapaty (chociażby pomysł z wydobyciem informacji o tym, co ksiądz robił w lesie).

Ostry również podbił moje serce. Aura tajemniczości, która towarzyszyła mu przez całą powieść sprawiła, że bardzo chciałam się dowiedzieć, kim on tak naprawdę jest i za co poluje na Rafała. Jednak kiedy wszystko wyszło na jaw zamurowało mnie. Nie tego się spodziewałam.

Książka bardzo przypadła mi do gustu, a szczególnie motyw z Malinowską stodołą, która sprzyjała…poczęciu. Jak po raz pierwszy o tym przeczytałam, zaczęłam się śmiać  i dziękowałam, że po ciężkim dniu akurat przy tej książce mogłam wypocząć. Z zapartym tchem śledziłam również poczynania bohaterek w odkrywaniu kolejnych tajemnic.

Jeżeli ktoś szuka niezobowiązującej lektury na wieczór, to ta książka jest idealna. Polecam rozpocząć swą przygodę od “Drogi do Ukojenia”, chociażby z tego względu, że w recenzowanej pozycji wspomina się wydarzenia z przeszłości, które prawdopodobnie są właśnie w niej zawarte. Ja zaczęłam czytać od “Drogi do przebaczenia”, ale z pewnością niebawem nadrobię braki.

 

Kreatywna kronika – recenzja “Kroniki wypadków życiowych”

Pamiętnik założyłam będąc jeszcze w szkole podstawowej. Pamiętam, że był on zamykany na kluczyk, jednak gdy zapięcie się zepsuło, przestałam go prowadzić. Drugie podejście to już o wiele bardziej zaawansowany technicznie pamiętnik. Może niektórzy z Was kojarzą takie otwierane głosem i z lampką, która miała chronić te nasze najbardziej “skrywane sekrety”. Niestety po pewnym czasie znowu porzuciłam ten temat by jakoś dwa lata temu znów do niego powrócić. Wpisy pojawiały się nieregularnie, aż w końcu zakończyło się to tak samo, jak w poprzednich przypadkach.

Mimo moich wcześniejszych niepowodzeń i “słomianego zapału” do przelewania swoich myśli na papier, bardzo się ucieszyłam, gdy “Kronika wypadków życiowych” trafiła w moje ręce.

Nie jest to typowy pamiętnik. Jest to coś w rodzaju książki z zadaniami połączonej z kroniką.

Po krótkiej przedmowie, gdzie można poznać historię powstania tej książki, zaczyna się cała zabawa. Na każdej ze stron widnieje zadanie. Można robić je wszystkie po kolei, albo kartkować książkę i robić te, które w tym momencie rzucą nam się w oczy. Są różnego rodzaju. Albo mamy coś narysować, albo sobie przypomnieć, albo czegoś poszukać, popytać, spisać…

Są zadania dotyczące opisania siebie (np. Kim jestem?), swojego ulubionego jedzenia, muzyki, wspomnień z dzieciństwa, a także kartka, na której możemy wyładować swój negatywny humor… Jest też taka jedna, przeznaczona do całkowitego zniszczenia, gdzie możemy spisać to, o czym nikomu nie powiedzieliśmy i co nas zżera od środka. Przyznam, że tej kartce przyglądałam się dość długo. Zastanawiałam się, czy kiedyś dojdzie do tego, że się ona zapełni.

Moja “Kronika Wypadków Życiowych” jest póki co wypełniona jedynie w kilku miejscach i to nie dlatego, że nie podoba mi się uzupełnianie jej – wręcz przeciwnie. Bardzo spodobały mi się kreatywne zadanie, które zawiera książka. Jeżeli chodzi o pisanie, to lubię podejmować różne nowe wyzwania zmuszające mnie do bycia kreatywną. Jest to też pewnego rodzaju sentyment. Takie zadania robiłam, kiedy zaczynałam swoją przygodę z pisaniem.

Mimo tych paru godzin, które spędziłam razem z “Kroniką wypadków życiowych” jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona. Podoba mi się zarówno forma, w jakiej zadania są napisane, jak i one same. Atutem tej książki, jest też dokładne poznanie siebie, swoich zalet i wad, przepędzenie demonów oraz spisanie wszystkich ważnych dla nas wydarzeń.

Jeżeli ktoś chciałby kreatywnie spędzić czas i przy okazji lepiej poznać siebie, to ta książka jest wprost idealna do tego.

Recenzja “Wojennej Burzy”

Z serią “Czerwona królowa” autorstwa Victorii Aveyard zapoznałam się stosunkowo niedawno. Zachęciła mnie do tego okładka czwartego tomu zatytułowanego “Wojenna Burza”, która należy do serii książek “Czerwona królowa”. Jestem “sroką okładkową”, więc gdy tylko zobaczyłam koronę, to od razu wiedziałam, że chciałabym przeczytać tę książkę. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Otwartego, jakiś czas temu otrzymałam swój własny egzemplarz.

“Wojenna burza” jest czwartym tomem przygód Mare. Państwa pochłonięte są przez wojnę, wiążą się różnego rodzaju sojusze. Jeden z nich o mało co nie niszczy rebelii. Maven zrobi wszystko, aby odzyskać Mare, która to według słów jasnowidza, musi “powstać sama przeciw wszystkim”. Na dodatek jej uczucie do Cala zostaje wystawione na ciężką próbę…

Mimo że książkę przeczytałam już parę dni temu, potrzebowałam trochę czasu, żeby przemyśleć co tak naprawdę o niej myślę.

W tym tomie podobnie jak i w poprzednim widzimy wszystkie wydarzenia z perspektywy paru osób: Mare, Irys, Evangeline, Mavena i Cala. Jestem bardzo zadowolona, z faktu, że rola Cameron jako narratorki wreszcie się skończyła, bowiem strasznie mnie irytowała swoim zachowaniem.

Jej rolę jako osoby irytującej przejęła babcia Cala. Nie mogłam znieść tej kobiety. Wydawało mi się, że próbuje urobić sobie wnuka na swoje widzi mi się. Dobrze, że w ostateczności jej się to nie udało.

Najbardziej podobał mi się świat przedstawiony z perspektywy Evangeline. W “Wojennej Burzy”  pokazała się ona z bardzo pozytywnej strony, kiedy to próbowała pomóc Mare i Calowi uświadomić sobie, co tak naprawdę się dla nich liczy.

Oboje unosili się dumą i nie potrafili przyznać się do błędów, które popełnili. Nastawiłam się na powstanie romansu między nimi, jednak autorka znów spłatała mi psikusa i dostałam jedynie zalążek ich miłości. Cal mimo swojego niezdecydowania, był całkiem uroczą postacią. Miałam również wrażenie, że Mare też w pewien sposób wydoroślała i nie zachowuje się jak małe dziecko.

Irys za to była nastawiona na zemstę i pomszczenie swojego ojca, który zginął w walce. Nie była złą postacią, jednak nie przekonała mnie do siebie. Mam do niej stosunek neutralny. Wykonywała po prostu rozkazy swojej matki i tak samo jak ona, dążyła do podbicia Norty.

Jestem po lekturze tego tomu i czuję lekki niedosyt. Otwarte zakończenie sprawiło, że wiele wątków nie zostało zamkniętych. Zastanawia mnie, co będzie teraz z Evangeline, czy Irys wróci i czy babcia Cala znów będzie chciała namącić wnukowi w głowie…

Sądziłam, że będzie to ostatnia część opowieści, jednak trafiłam na informację o planowanej na przyszły rok premierze kolejnej, mającej nosić tytuł “Broken Throne”. Jeżeli to będzie prawda, z niecierpliwością będę na nią oczekiwać.